Ostatnie posty

Długo wyczekiwana kontynuacja bestsellerowej serii Laleczki! Benny powrócił!

Benny – złamany, samotny, obolały, stracił ukochaną laleczkę, dom swój i dobytek cały. Zraniony, choć wciąż żywy, na nowo się odradza, poznaje kogoś innego, przyjaźń życie mu osładza. Uczy się świata raz jeszcze, o przyszłość podejmuje walkę, lecz jedno jest oczywiste – pora znaleźć nową lalkę. Wtem ze starego cierpienia potworne myśli nadchodzą… Benny chwyta za nóż. Koszmary znów się odrodzą.

Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się zatracić tak bardzo, że zostałeś jedynie cieniem?

Czyham w ciemności, nie żyję. Egzystuję w tle, gdzie nikt nie zdoła mnie dostrzec. Moja laleczka mnie zdradziła. Zabiła mnie na więcej sposobów, niż może to sobie wyobrazić. Ja jednak wciąż czekam. Obserwuję. Pragnę. Pewnego dnia powrócę, a ona odda to, co mi odebrała. To zabawne, jak życie się czasem układa…

Książka dostępna już w przedsprzedaży -> Klik!






Premiera już 14 sierpnia! 







 
Prolog
 
~ Nowe ~
  Benny 
 
SKÓRA NA MOIM PRAWYM RAMIENIU jest tak napięta, że poruszanie nim sprawia mi trudność. Nadal czuję przypominający o ranach z przeszłości ból. Pochylam się, by zerwać źdźbło trawy. To pierwszy ruch, który wykonałem od co najmniej czterech długich godzin.
Stoję kilka metrów od mojego dawnego domu. Naszego domu.
Czekam, pragnę, wiem.
Odkręcam butelkę wody, wypijam kilka łyków, po czym wylewam sobie resztę na głowę, co przyjemnie ochładza skórę rozgrzaną panującym wokół upałem.
Słońce jest bezlitosne. Świeci jasno na niebie, przywołując mi na myśl tamten dzień, kiedy zobaczyłem swoją niegrzeczną lalkę po raz pierwszy. Była taka młodziutka, taka świeża… Idealna.
Śliczna Laleczka.
Kiedy promienie słoneczne padały pod odpowiednim kątem na jej zwilżone potem włosy, wyglądała, jak gdyby wplotła w nie tasiemki z najprawdziwszego złota. Letnia sukienka, którą miała na sobie, przyklejała się do jej malutkiego ciałka, podkreślając idealne, dziewczęce kształty.
I była tam też jej młodsza siostra…
Zniszczona Lalka.
Macała rączkami moje dzieła sztuki, aż wśród parnego powietrza usłyszałem jej głośne westchnienie, kiedy położyła dłonie na jednej z moich ulubionych lalek. Potrafiła docenić porcelanową perfekcję.
– Piękna lalka dla ślicznej laleczki – zaoferowałem łagodnym tonem głosu.
Siostry równocześnie uniosły na mnie wzrok, a moje serce zabiło nagle o wiele szybciej i mocniej.
Bum.
Bum.
Bum.
Natychmiast zapomniały o zabawce; teraz obchodziłem je wyłącznie ja, patrzący na nie z uśmiechem.
– Nie stać jej na tę lalkę – warknęła moja idealna laleczka, przymrużając śliczne oczęta. Miała zacięty wyraz twarzy, ale zdradzały ją rumiane policzki. Już wtedy wiedziała, do kogo należy. Wiedziała, że jest tylko moja.
Ach, jak łatwo było mi wtedy wziąć sobie to, czego pragnąłem, ale też z jaką łatwością lalka odebrała mi to kilka lat później…
Tak bardzo się zmieniła. Czas ucieka zbyt szybko, tak mało go z nią spędziłem.
Moje wspomnienia znikają, kiedy gromada ptaków zrywa się do lotu z drzewa, które stoi tuż za ruiną mojego dawnego domu. Czekam przy nim z cierpliwością, której nauczyłem się przez lata. Od dnia, w którym mnie zabiła, zaszedłem bardzo daleko.
Lalka nie zadała sobie nawet trudu, by posprzątać po swojej zdradzie. Nie przysłała nikogo, by poszukał moich zwłok.
Zostawiła mnie na pewną śmierć, sądząc, że to już koniec.
I się, k*rwa, pomyliła. Oboje się pomylili.
Amatorzy.

***
Trzy lata temu

– Co ty robisz? – pytam, marszcząc brwi i uważnie jej się przyglądając. Lalka patrzy na mnie wyzywająco. W jej oczach widzę podejrzany spokój, kiedy zatrzaskuje drzwi i zamyka nas w celi swojej siostry.
– A na co ci to wygląda?! Zamykam drzwi! – syczy. – Teraz będziemy tu siedzieć i patrzeć na to, co zrobiliśmy! Oboje musimy odpokutować!
Odpokutować? Ona nic nie rozumie. Macy była zniszczona, zbyt szalona, by ryzykować, więc musiałem ją zabić.
Jednak ją również, na swój własny sposób, kochałem. Dlaczego lalka tego nie rozumie?!
Zaciskam mocno powieki i uderzam ręką w skroń, ponieważ krzyki, wrzaski w mojej głowie znów zagłuszają myśli, a ja muszę je powstrzymać.
– Ale ona była zepsuta! Nie mogliśmy jej naprawić! – warczę przez zaciśnięte zęby.
– Ty jesteś, k*rwa, zepsuty, Benny! Ty. Jesteś. Zepsuty.
Moje mięśnie sztywnieją. Mam wrażenie, że krew przestaje krążyć mi w żyłach i zapycha je niczym zasychający cement.
– Nawet nie waż się tak mówić – ostrzegam.
Laleczka zaczyna płakać, a jej nogi się trzęsą.
– Aresztowaliśmy twojego ojca, Benny – krzyczy do mnie przez łzy. – Przez lata gwałcił małe dziewczynki, a ty tak po prostu pozwoliłeś mu żyć! Przecież wiesz, co zrobił Bethany, i miałeś to gdzieś! – wrzeszczy, oskarżycielsko wskazując mnie palcem. Zawieszam na nim wzrok. To tylko palec, ale równie dobrze mógłby być nożem; kieruje nim we mnie z tak ogromną siłą, jakby chciała mnie ukarać.
Lalka jest przerażona, tak samo jak Bethany. To dlatego mówi o mojej siostrze i próbuje mnie zranić. W końcu jednak zrozumie, że Macy wcale nie jest jej potrzebna. Ma mnie, i tylko my się liczymy. Zostaniemy razem na zawsze.
Mój ojciec bywał pożyteczny, ale jego również wcale nie będzie nam brakować. Zabiłbym go dla niej, gdyby w zamian za to wróciła do domu… Jednak teraz jest już za późno. Rzeka zmieniła bieg, a jej prąd stał się zbyt gwałtowny, by z nim walczyć.
– Ojciec bywał pożyteczny – powtarzam na głos swoje myśli.
– Obrzydzasz mnie – wyrzuca z siebie, ale wiem, że zaraz jej przejdzie. To tylko chwilowa złość, moment zdenerwowania…
– Cóż, to się zmieni – uspokajam ją, po czym robię krok w przód.
– Nie! – wrzeszczy natychmiast, wyciągając dłoń, by mnie zatrzymać. Patrzę na jej nadgarstek, dostrzegając, że brakuje na nim kajdanek.
– To wszystko się dzisiaj skończy, Niegrzeczna Laleczko.
– Masz rację. – Wybucha głośnym, niepohamowanym śmiechem. – To koniec.
Pochylam się, by wyjąć ukrytą w skarpetce strzykawkę.
– Co to, k*rwa, jest? – pyta, wskazując prosto na nią.
Przymrużam oczy i najpierw spoglądam na jej broń, a potem na kraty w drzwiach celi.
Dzieciak zniknął.
Lalka nie jest sama.
Jak mogła mnie tak kurewsko zdradzić?
– Nie przyszłaś sama? – pytam z niedowierzaniem. Laleczka łamie zasady. Przecież wie, co się dzieje, kiedy postępuje w ten sposób.
– Już nigdy nie będę sama – syczy przez zęby. – Dillon jest częścią mnie i należę do niego, a nie do ciebie, Benjamin. Nigdy do ciebie nie należałam.
Ach! Jak śmie wypowiadać przy mnie jego imię?!
Ona należy do mnie! To moja lalka! Moja laleczka!
Zaciskam mocno szczękę, napinam mięśnie, wpadam w furię.
– Nigdy nie pozwolę ci opuścić tej celi – przysięgam. – Nigdy!
Lalka macha pistoletem w moją stronę.
– A kto z nas dwojga trzyma w ręce broń? Nie oszukuj się, Benny. Nie masz już nade mną żadnej władzy.
W odpowiedzi tylko się do niej uśmiecham.
– Jak mówiłem, dzisiaj to wszystko się skończy, ale mam wystarczająco dużo czasu, by wbić w ciebie tę maleńką igiełkę. Odejdziemy stąd oboje. Razem. Później będziesz miała całą wieczność, żeby uświadomić sobie, że naprawdę mnie kochasz.
Jej powieki drżą, kiedy rozważa swoje możliwości.
Nie masz żadnych opcji, lalko! Należymy do siebie nawzajem. Będziemy razem i doskonale o tym wiesz!
Robię kolejny krok w jej stronę, kiedy nagle słyszę z jej ust coś, co całkowicie mnie paraliżuje.
– Jestem w ciąży!
Opuszczam ręce, nie mogąc w to uwierzyć… Niespodziewanie w mojej głowie rodzi się tyle myśli, tyle nowych nadziei… Wtem słyszę huk, a sekundę później czuję w ramieniu przeszywający ból i zataczam się do tyłu.
– K*rwa mać! – wrzeszczę. – K*rwa, postrzeliłaś mnie! – Nie panuję już nad ciałem. Upadam na łóżko, a strzykawka spada na podłogę.
– I to jak celnie – odpowiada z dumą, podchodząc bliżej i zgniatając strzykawkę podeszwą.
Laleczka nosi w sobie mojego potomka – owoc naszej miłości.
– Jesteś w ciąży? Będziemy mieli dziecko?
Na moim nadgarstku zaciska się zimna bransoletka kajdanek. Nie zwracam na to uwagi, obserwuję tylko swoją zabawkę, nadal nie potrafiąc uwierzyć w to, co właśnie mi wyznała.
Kiedy zapina kajdanki na mojej drugiej ręce i spycha mnie na podłogę, czuję w ramieniu pulsujący ból.
Będziemy mieli dziecko.
Za jej plecami otwierają się drzwi, a za lalką staje ta śmierdząca świnia, pi*rdolony Dillon. Jak on śmie przerywać nam tak cudowną chwilę?!
Zamorduję go; powoli i boleśnie. Sprawię, że poczuje mój gniew z każdym ruchem ostrza wbijającego się w jego obrzydliwe ciało.
Nie pozwolę mu odebrać nam tego momentu!
– Nasze dziecko – szepczę, patrząc prosto na moją przepiękną laleczkę.
Dillon zasłania mi ją przez chwilę, kiedy podchodzi do łóżka i podnosi z niego Zniszczoną Lalkę. Bierze jej ciało na ręce i wynosi je z celi, a my znów zostajemy sam na sam. Tak. Tak właśnie powinno być.
– To dziecko nie jest twoje, Benny – oznajmia nagle moja lalka. – Życie nie może zrodzić się ze śmierci. Tyle razy próbowałeś mnie zniszczyć, ale to nigdy ci się nie uda. Powinieneś smażyć się w piekle. Twój czas dobiega końca. To dziecko to nowe życie, a na ciebie czeka tylko śmierć.
Otwieram usta, lecz mój ból jest zbyt ogromny, bym był w stanie wydobyć z siebie głos. Ona kłamie. Na pewno tak nie myśli.
Wycofuje się powoli, wciąż we mnie celując. Tak naprawdę nie potrzebuje jednak broni; jej słowa zabijają mnie skuteczniej niż pociski. Kiedy opuszcza celę i zamyka drzwi na zamek, Dillon znów do niej podchodzi i przysuwa odrażające usta do jej czoła.
– Wszystko w porządku – zapewnia go lalka. – Panuję nad sytuacją.
– Wiem, że panujesz – odpowiada szeptem, po czym odchodzi, zostawiając ją z tym, do kogo należy naprawdę.
Lalka wie, że jestem jej panem, a w jej łonie rośnie nasze dziecko.
– Kłamiesz – zarzucam jej. Siła znów do mnie powraca, więc poruszam gwałtownie nadgarstkami, sprawdzając wytrzymałość kajdanek. Chyba nie sądzi, że te maleństwa mnie powstrzymają?
Głupiutka laleczka.
Z trudem wstaję na nogi, bo promieniujący z rany postrzałowej ból przeszywa całe moje ciało. Zmuszam się jednak do ruchu, a ona tylko mi się przygląda.
Pogrywa sobie ze mną, co mi się nie podoba.
– Wypuść mnie, k*rwa! – rozkazuję. – W tej chwili!
Lalka zaczyna się śmiać; tak głośno i szaleńczo, jakby traciła kontakt z rzeczywistością. Teraz kojarzy mi się z siostrą… Zniszczyłem moją śliczną laleczkę. Zmieniłem ją, ale jestem pewien, że w końcu dojdzie do siebie.
– Nie będziesz mi dłużej rozkazywał. Zostawię cię tu, żebyś zgnił. Tak jak ty zostawiłeś nas. Mam nadzieję, że odór krwi biednej Macy będzie cię dręczył aż do dnia, gdy zdechniesz z głodu.
Nie odważyłaby się tego zrobić.
Jeszcze raz próbuję zerwać z rąk kajdanki.
– K*rwa mać, wypuść mnie! – Chociaż rzucam się na drzwi całym ciężarem ciała, one nawet nie drgną. Wiedziałem, że tak będzie. Sam je zbudowałem, żeby moje laleczki były bezpieczne w swoich celach, więc nie da się ich wyważyć.
– Słyszysz, co mówię?! Wypuść mnie! – ostrzegam ją raz jeszcze.
– Ty nigdy mnie nie wypuściłeś. – Jej głos wyraźnie się załamuje. – Żegnaj, Benny.
Opuszcza mnie. Zostawia. Jednak wie, że po nią wrócę. To dlatego mnie nie zabiła. Te okrutne słowa to efekt trucizny, którą Detektyw Dupek traktował jej biedny mózg, ale lalka naprawdę mnie kocha i chce, żebym po nią wrócił.
– Wracaj tu, niegrzeczna lalko! Otwórz te drzwi! – krzyczę za nią, wyłamując sobie kciuk, by zdjąć kajdanki z jednego nadgarstka. Okazuje się to trudne nawet z przestawionym palcem. Metal przecina skórę, pozostawiając za sobą krwawą ranę, a pulsujący ból jeszcze bardziej napędza moją wściekłość.
Lalka o czymś zapomniała. Ta cela nie należała do niej, ale do jej siostry.
Czasami karałem Zniszczoną Lalkę i zamykałem ją tutaj, ale robiłem to tylko wtedy, kiedy była niegrzeczna. Na co dzień mogła sobie chodzić, gdzie tylko chciała. Zabierałem jej klucz wyłącznie, gdy coś przeskrobała.
Nie muszę długo szukać, bo niemal od razu zauważam porcelanową lalkę bez oka, z wystającymi z oczodołu nożyczkami.
Wokół jej szyi, na łańcuszku, wisi mój upragniony klucz.
Nawet po śmierci moja Zniszczona Lalka pozostała lojalna i przydatna dla swojego pana.
Podchodzę do drzwi, otwieram zamek, ale nagle zamieram w bezruchu. Czuję swąd popiołu i palonego drewna. Ten zapach jest tak mocny i intensywny, że aż drapie mnie od niego w gardle. Sekundę później czuję pod stopami żar i wiem już, co się stało. Płomienie. Pomarańczowe płomienie rosną coraz wyższe, pożerając cały mój dom.
Otacza mnie ogień, niszcząc wszystko, co zbudowałem.
Jak mogła mi to zrobić? Przecież to był również jej dom.
Myśli, że jestem tu zamknięty.
Chce mnie zabić.
Nie. Na pewno nie. Nie mogłaby.
Ogień. Ogień niszy cały mój dobytek i parzy moją skórę, gdy przedzieram się przez to piekło w poszukiwaniu schronienia i chłodnego powietrza.
Szyby trzaskają pod naporem wrzeszczącego z udręki drewna. Cały dom wydaje się jęczeć z bólu.
Otacza mnie gęsty i zabójczy dym, gdy biegnę prosto do okna i bez namysłu przez nie wyskakuję.
Szkło rozrywa poranioną skórę na moich ramionach, jednak nie czuję już bólu; nawet bólu swojego serca. Po tym, co zrobiła mi moja niegrzeczna laleczka, nie czuję zupełnie nic.
Leżę na trawie i wpatruję się w niebo, podczas gdy czarny dym powoli zamienia dzień w noc. Znajduję się zaledwie kilka metrów od pogorzeliska; od zgliszczy jedynego domu, jaki kiedykolwiek miałem.
Zabiła mnie.
Moja śliczna laleczka mnie zabiła.

Potrząsam gwałtownie głową, by odtrącić wspomnienia, po czym rozglądam się po otaczającym mnie zniszczonym terenie.
To cmentarzysko. Moje miejsce spoczynku, którego Laleczka nigdy nie przestanie odwiedzać. Może sobie wmawiać, że się ode mnie uwolniła, może słuchać, jak Dillon powtarza jej to do znudzenia – to nieistotne. Lalka należy do mnie i już na zawsze pozostanie moją własnością. Zostawiłem na jej duszy ślad, który wciąż każe jej tutaj powracać.
Przyjdzie tu. Wiem to.
Tak samo, jak wróciła w zeszłym roku. Obserwowałem ją wtedy, patrząc, jak łzy wzbierają w jej oczach, a potem płyną po delikatnych policzkach przy akompaniamencie nienaturalnego szlochu, który szybko przemienił się w śmiech. Pokręciła głową i odsunęła kosmyk włosów za ucho, pokazując głuszy, że czuje się wolna.
Naprawdę trudno było mi się powstrzymać, bo miałem ochotę natychmiast ją porwać. Chciałem zabrać swoją laleczkę tam, gdzie nikt już nigdy by jej nie odnalazł.
Zmieniła się tak bardzo, że miałem wrażenie, jakbym patrzył na obcą osobę. Jednak to pragnienie, poczucie, że należy do mnie, było silniejsze niż wszelkie wątpliwości i krzyczało, żebym zabrał to, co mi się należy. Niestety, lalka nie była sama. Niemowlę przy jej piersi, przyczepione do szczupłego ciała matki czymś w rodzaju uprzęży, sprawiło, że stałem w cieniu drzew nieruchomo niczym posąg.
Potem pojawił się przy niej ten skurwiel, wziął od niej dziecko i przyłożył obrzydliwe usta do skóry, którą to ja powinienem całować. Choć nie miał prawa dotykać mojej własności, umieścił dłonie na jej oliwkowym, za bardzo opalonym ciele. Szepnął jej do ucha, na co ona się uśmiechnęła. Nie. To do mnie powinna się uśmiechać!
Zresztą, pi*rdolę tego sukinsyna. Jeśli chce, może sobie oglądać jej uśmiech, ale to do mnie będą należeć jej łzy, jęki i błagania.
Na ogolonej głowie czuję kropelki potu; gałęzie drzewa, pod którym stoję, nie chronią zbyt skutecznie przed popołudniowym upałem. Dotykam palcami brody, którą noszę teraz dłuższą niż kiedykolwiek wcześniej. Muszę przyznać, że kobiety uwielbiają zarost; długa broda jest jak magnes na zdziry – szczególnie te, które kręci ostry seks. Te szmaty błagają, żebym zadawał im ból, przez co wkurwiają mnie tak bardzo, że spełniam ich marzenia z nawiązką.
Seks powinien być wyzwoleniem, ale we mnie rozbudza jedynie bestię, która ryczy coraz głośniej, żądając uwolnienia.
Tylko lalka mogłaby mnie wyzwolić.
Te szmaty nie są nic warte. Nie przynoszą mi satysfakcji. Nie są nią.
Moją śliczną laleczką.
Kiedy tak czekam, zwęglone ruiny mojego dawnego domu – naszego domu – wydają się ze mnie drwić, a czas mija okrutnie wolno.
To miejsce pozostało nietknięte.
Zarosło chwastami, ale aż do teraz nikt w nie nie ingerował.
Stare wspomnienia szamoczą mi się po głowie. Próbują zapuścić korzenie i uwięzić mnie w tym miejscu na zawsze.
Kiedy tu powracam, nawiedzają mnie duchy. Żółta taśma wciąż porusza się na wietrze pomiędzy zaroślami, otaczając podwórko, które policja dokładnie przekopała – ci skurwiele rozgrzebali każdy pi*przony metr mojej ziemi i zabrali z niej to, co nie należało do nich.
Zakłócili spokój przeszłości.
Nagle znów przychodzą mi na myśl wspomnienia o ojcu i o jego zdradach. Nie potrafię pogodzić się z tym, że nie mogę pozbawić go jego marnej egzystencji.
Słyszałem, że dla byłych policjantów więzienie jest wyjątkowo brutalne. Brutalne… ale w porównaniu z czym?
Jestem przekonany, że potrafię wymyślić dla niego lepsze tortury. Mógłbym sprawić, że cierpiałby tak bardzo, jak na to zasługuje. Powinien żyć w piekle, które stworzył.
Nagle z oddali dociera do mnie warkot silnika, a atmosfera natychmiast się zmienia.
Powietrze zaczyna w końcu się poruszać, jakby wzburzone emocjami, które czuję na myśl o naszym rychłym spotkaniu. Moja dusza krzyczy; błaga, bym z nią porozmawiał. Muszę ją usłyszeć, dotknąć jej, wejść w nią…
Muszę znowu poczuć spokój – spokój, który dawała mi w chwilach, kiedy nie uciekała, nie zdradzała mnie… K*rwa mać, ona mnie zamordowała!
Odkąd zniknęła, moje życie rozpoczęło się na nowo. Poznałem Tannera i wszystko się zmieniło, a jednak dzień w dzień jej obecność, albo raczej jej brak, nawiedza moje myśli i nie pozwala mi zaznać ulgi.

***
Trzy lata temu Mój ojciec zawsze dbał o to, żebym był przygotowany na zmiany, kiedy będę musiał uciekać. Wiedział, że to, kim jestem, niesie za sobą konsekwencje.
Gdy wstaję z trawnika, moja skóra zdaje się wrzeszczeć. Mam wrażenie, że zaciska się wokół mięśni i kości jeszcze ciaśniej, a wszystko boli mnie coraz mocniej… Jestem rozbity. Potrzebuję pomocy.
Wkurwia mnie, że muszę jej szukać, ale moje życie właśnie rozpadło mi się przed oczami. I to dosłownie.
Ojciec wpadł w ręce policji, więc idąc w tamto miejsce, ryzykuję, że skończę tak samo jak on. To niebezpieczne, ale jestem przygotowany. Nie znajduję innego wyjścia i nie wierzę, że ojciec miałby zdradzić policji cokolwiek, a już zwłaszcza nazwisko tego człowieka. Od zawsze nazywał go naszym sprzymierzeńcem.
Ruszam na zachód od miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stał mój dom, aż kilka kilometrów dalej natrafiam na drzewo, w którego korze wycięta jest litera B. Niedaleko dostrzegam kamień ozdobiony tą samą literą, więc przysiadam, by wyjąć go z ziemi. Chłodne powietrze drażni odsłoniętą, rozpaloną skórę na moim ramieniu. Rana postrzałowa to nic w porównaniu ze smrodem, jaki wydziela z siebie twoja własna, gotująca się skóra. Moje ciało się trzęsie, a oczy zachodzą mgłą, ale ja kopię dalej – kopię w ziemi coraz głębiej, łamiąc paznokcie na suchej, twardej glebie.
W końcu wzdycham z ulgą, kiedy natrafiam opuszkami palców na rączkę skórzanej aktówki. Z trudem wyciągam ją z ziemi i upadam, głośno oddychając.
Potrzebuję wody.
Po chwili nabieram sił, by znów usiąść, więc rozpinam zamek i zaglądam do środka teczki. Znajduję tam całkiem sporo banknotów, połączonych w plikach po tysiąc dolarów.
Trzydzieści tysięcy nie wystarczy na długo, ale zawsze to jakiś początek.
Na widok wizytówki dostaję dreszczy.
To dla mnie coś nowego. Zwykle nie polegam na innych ludziach, ale czasy się zmieniły i to przez moją niegrzeczną laleczkę.
Na wizytówce widnieje tylko jedno słowo: TANNER. Numer telefonu jest już zapisany w pamięci telefonu na kartę, który dostałem.
Jedną ręką naciskam przycisk „zadzwoń”, a drugą łapię za źdźbła trawy, ściskając je tak mocno, że połamane paznokcie wbijają się w skórę moich dłoni.
Słyszę dźwięk wybieranego numeru, a potem sygnał.
Jeden.
Drugi.
Trzeci.
– Jakie imię jest na wizytówce? – pyta mnie jakaś kobieta.
– Tanner – odpowiadam zachrypniętym głosem, który świadczy o tym, w jak kiepskim jestem stanie.
– Proszę zaczekać.
Słyszę w słuchawce pi*rdoloną muzyczkę.
Co to ma, k*rwa, być?!
Ktoś śpiewa I Stand Alone przy akompaniamencie gitarowych riffów, co w tej sytuacji uznaję za wyjątkowo ironiczne.
Nagle muzyka cichnie, a zamiast niej pojawia się męski głos.
– Gdzie jesteś? – Jego ton jest niski i spokojny. Odzywa się do mnie tak, jak gdyby rozmawiał ze starym przyjacielem. – Powiedz, gdzie jesteś, to wyślę po ciebie samochód.
– Jakieś sześć czy osiem kilometrów od domu…
Połączenie urywa się, zanim mam szansę podać mu adres.
To mi się nie podoba, ale nie mam czasu o tym myśleć. Moje ciało jest coraz słabsze… Tracę przytomność, powoli zatapiając się w ciemność nocy.
***
Mój umysł pogrążony jest we śnie, jednak jakiś cichy odgłos przegania płomienie, które otaczają całe moje ciało…
Po chwili budzi mnie ciche kapanie wody.
Kap.
Kap.
Kap.
Otwieram gwałtownie oczy i zrywam się do pozycji siedzącej, aż woda faluje wokół mnie i wylewa się za krawędź wanny.
Wanna. Jestem w wannie.
– Spokojnie – odzywa się ten sam mężczyzna, którego głos słyszałem wcześniej przez telefon. Wydaje się pewny siebie i władczy. Prawdopodobnie to on tutaj rządzi.
Zamieram w bezruchu, rozglądając się po nowym otoczeniu. Ściany łazienki od podłogi do sufitu pokrywają ciemne kafle. Całe pomieszczenie zdominowane jest przez wielkie lustro, zawieszone na jednej ze ścian. Siedzę nagi w ogromnej, rogowej wannie, a woda wokół mnie jest ciemna, mętna i chłodna.
Skupiam wzrok na stojącym nade mną i bezwstydnie przyglądającym mi się mężczyźnie.
Jest wysoki i ma na sobie garnitur oraz krawat. Elegancki skurwiel.
Czyżby miał zamiar zaprosić mnie na pi*przoną randkę?
O co tu, k*rwa, chodzi?
Kim jest ten gość?
Moje plecy bolą tak bardzo, że nawet oddychanie sprawia mi trud.
A ten mężczyzna, Tanner, nic nie robi, tylko na mnie patrzy.
Jego włosy są ciemne i gęste; ani długie, ani krótkie, zaczesane do tyłu. Jego oczy mają kolor płomieni, od których właśnie uciekłem, a usta są pełne i wykrzywione w podejrzanym uśmieszku.
– Nie sądziłem, że zdołam cię kiedyś poznać – stwierdza, zachowując się tak, jak gdyby wiedział, kim jestem… Albo raczej czym jestem. – Wiszę twojemu ojcu przysługę… Nawet niejedną.
Najwyraźniej Tanner nie ma pojęcia, że mój ojciec siedzi teraz w pierdlu i nigdy już nie wyświadczy mu kolejnej „przysługi”.
Czy pomógłby mi, gdyby o tym wiedział?
Zresztą, nieważne. Gówno mnie to obchodzi. I tak niedługo stąd zniknę, by odnaleźć własną drogę, tak jak zawsze.
– Pani doktor wróci za parę minut, żeby opatrzyć twoją poparzoną skórę. Wcześniej usunęła ci kulę z ramienia i zrobiła, co mogła, żeby zapobiec powstaniu blizn. Kilka jednak i tak ci zostanie. Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt próżny. – Przymyka powieki i przechyla głowę w bok, przeszywając mnie na wskroś spojrzeniem zaciekawionych, bursztynowych oczu.
– Na co się tak gapisz? – warczę, czując się bardziej obnażony niż kiedykolwiek dotąd i to wcale nie z powodu swojej nagości.
Ten gość nie patrzy na mnie jak na kogoś, kogo chciałby przerżnąć. Widzę w jego oczach coś innego… zdziwienie, może podziw? Podchodzi o krok i siada na brzegu wanny, po czym wkłada rękę do wody i obserwuje, jak ta przepływa pomiędzy jego palcami.
– Gapię się, bo cię podziwiam. Jesteś naprawdę niezwykły, wiesz? Wprost nie mogę się doczekać, żeby pomóc ci osiągnąć twój prawdziwy potencjał. Teraz nie jesteś już sam – zapewnia, całkowicie mnie zaskakując. – Zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi, Benny.
***
Kiedy powietrze przeszywa warkot silnika, moje serce zaczyna drżeć i natychmiast powracam ze świata wspomnień do rzeczywistości.
Już z daleka rozpoznaję tę kupę złomu, którą Dillon ma czelność nazywać samochodem. Pochylam się i przyciskam ciało do drzewa, za którym się ukryłem. Dawne rany wydają się wrzeszczeć, ale w tej chwili nie mogę zwracać uwagi na ból.
Blizny po tamtej nocy nieustannie przypominają mi o tym, jak niegrzeczna laleczka mnie zdradziła. Są niczym znamię, z którym przychodzi na świat noworodek. Narodziły się wraz ze mną, kiedy wyszedłem z płomieni, wśród których mnie uwięziła, i stałem się nowym człowiekiem.
Moje dłonie drżą. Mam ogromną ochotę kogoś zabić! Ją, jego, siebie… Nie potrafię jednak nic zrobić i wciąż nie rozumiem, dlaczego. Minęły już lata, odkąd lalka była tylko moja… Jej nieobecność czyni mnie samotnym; odczuwam pustkę, której nikt nie jest w stanie wypełnić.
Ona wciąż do mnie należy.
Zawsze będzie należeć tylko do mnie.
Nie widzę jej wystarczająco często. Nie śledzę jej, nie obserwuję… Muszę nacieszyć się tym momentem i zapisać go w pamięci na później, by w każdej chwili móc sobie przypomnieć, że to nie jest już ta Niegrzeczna Laleczka, którą stworzyłem.
Teraz jest inna. Zepsuta. Przez niego.
Drzwi samochodu od strony pasażera się otwierają. Z daleka dostrzegam zakryte dżinsami nogi dziewczyny, którą kiedyś tak dobrze znałem. Wysiada z auta, pochyla się nad otwartą szybą i coś jeszcze mamrocze. Nie jestem w stanie usłyszeć, co mówi; niewyraźne dźwięki nijak nie układają się w słowa. Zaraz potem odchodzi, a jej włosy falują wraz z każdym pewnym siebie krokiem, kiedy przeprawia się przez gęste krzaki, zmierzając w stronę swojego celu.
To miejsce jest dla niej zapomnianym cmentarzyskiem, ale dla mnie to wciąż mój dom. Nasz dom.
Wściekłość gotuje się we mnie na równi z pożądaniem, rozpaczą i rozczarowaniem.
Lalka zatrzymuje się, a jej pierś porusza się prędko w rytm ciężkiego oddechu. Z daleka dostrzegam jej wystający brzuch; brzuch, w którym nosi cudze dziecko. Mam wrażenie, że ze mnie kpi; razi mnie w oczy samą swoją obecnością.
Mógłbym podejść tam szybko i bezgłośnie, zakończyć to wszystko w marnych kilka sekund. Mógłbym odebrać życie jej, a zaraz potem sobie. Ach, jak piękna byłaby to wiadomość dla tego kutasa, który sądzi, że od dawna nie żyję.
Ale nie tylko ona się zmieniła. Ja również jestem teraz inny.
Stałem się całkowicie nowym człowiekiem.
Nie działam irracjonalnie, a każdy mój krok jest dokładnie przemyślany.
Słońce odbija się od pofarbowanych na czerwono włosów lalki.
Nienawidzę ich. Są okropne. Wyglądają tanio i nienaturalnie.
Jej biodra są teraz szersze, a ciało pełniejsze. Macierzyństwo ją odmieniło – on ją zmienił! Zmienił moją idealną laleczkę! Jak ja, k*rwa, nienawidzę tego skurwysyna… Mam ochotę obedrzeć go ze skóry. Tak, zedrzeć z niego skórę, założyć ją na siebie, a potem pi*przyć w niej moją niegrzeczną lalkę.
Na dźwięk jej westchnienia przechodzi mnie lodowaty dreszcz. Zawiesiła wzrok na zwęglonych ruinach naszego życia, a ja nie spuszczam jej z oczu, ukryty w krzewach za drzewem, z daleka od niej. Nie zdoła mnie tu zauważyć, chyba że zacznie się rozglądać.
Odwracam wzrok w stronę samochodu.
Dillon, ten skurwiel, wysiadł, żeby porozmawiać przez telefon. Tak łatwo byłoby mi teraz zajść go od tyłu, poderżnąć mu gardło i pomalować asfalt na karmazynowo.
Mógłbym pokryć włosy laleczki prawdziwą czerwienią – czerwienią jego krwi.
Na tę myśl mój kutas sztywnieje.
Nagle jednak zauważam, że tylna szyba zjeżdża powoli w dół. Moje serce zaczyna bić jak szalone, gdy dostrzegam z daleka malutkie paluszki.
Bum.
Bum.
Bum.
Przywieźli ze sobą dziecko! Ściskam mocniej małą laleczkę, którą przyniosłem jako prezent dla mojej niegrzecznej zabaweczki. W głowie aż mi wiruje, bo w tej chwili mogę myśleć wyłącznie o jednym. Muszę zobaczyć to dziecko!
Padam na glebę, by ukryć się wśród długiej, niekoszonej trawy, i pełznę między źdźbłami niczym wąż. Pan tak-zwany-detektyw odszedł już dobre sześć metrów od samochodu i krzyczy teraz do słuchawki, że ktoś spartaczył robotę. Ach, jak ja kocham tę ironię! Przecież to on sam jest prawdziwym królem partaczenia roboty!
Nie spuszczając kretyna z oczu, podchodzę do tylnych drzwi jego auta, a mój żołądek aż skręca się z nerwowego podniecenia.
Zza otwartej do połowy szyby dociera do mnie szeroki, niewinny uśmiech. Brązowe oczy, w których dostrzegam też lekki poblask zieleni, spoglądają prosto na mnie, a gęste rzęsy trzepoczą tak szybko i pięknie jak skrzydełka ważki.
– Piciu? – gaworzy dziewczynka, trzymając w rączce kubek zakończony czymś, co przypomina sutek.
– Wyglądasz całkiem jak mamusia – mamroczę, zachwycony.
Dziewczynka chichocze i wyciąga do mnie rączki.
Mógłbym ją zabrać. Tak po prostu.
Ciekawe, jak daleko udałoby mi się z nią uciec.
Jakaż by to była cudowna kara dla mojej niegrzecznej lalki…
Odrzucam jednak ten pomysł i wręczam dziewczynce mój prezent, po czym oddalam się, korzystając z chwili jej nieuwagi. Ukrywam się w cieniu drzew i obserwuję z daleka uśmiech na twarzy mojej Niegrzecznej Lalki. Ta jednak szybko poważnieje, oglądając spalony krajobraz. Jej ciało wyraźnie drży. Kiedy słyszy klakson, natychmiast wraca do samochodu, a chwilę później zatrzaskuje za sobą drzwi.
Jeszcze mocniej zaciskam dłoń na rękojeści wyjętego z torby noża.
Czekam.
Wyczekuję.
Aż w końcu słyszę znajomą melodię i zaczynam nucić do rytmu śpiewanej przez małą laleczkę piosenki.
Lalka panny Polly była chora, chora, chora.
Polly się zmartwiła, zadzwoniła po doktora.
Przyszedł więc pan doktor. Wziął kapelusz swój i teczkę
i do drzwi zapukał, chociaż za głośno troszeczkę.
Podszedł do laleczki, by dokładnie ją obejrzeć.
„Ależ panno Polly, ona w łóżku musi leżeć!”.
Wypisał receptę. Leków dużo, dużo, dużo.
Polly biegnie do apteki chyżo, chyżo, chyżo.
Moje ręce pocą się wokół rękojeści noża. Ściskam go tak mocno, jak gdybym chciał wgnieść rączkę w dłoń. Silnik głośno rzęzi, kiedy samochód odjeżdża. Nie wrócili, by mnie szukać. Nie pomyśleli, że to ja.
Bo i jak mógłbym dać komuś prezent?
Przecież już mnie nie ma, od dawna nie żyję.
Nagle słyszę pod sobą cichy jęk i dostrzegam kosmyki włosów na cholewce mojego buta.
Z ziemi patrzą na mnie szeroko otwarte, pełne paniki oczy. Dziewczyna szybko potrząsa głową. Nie, nie, nie.
Tak. Tak. Tak.
Schylam się i łapię wolną ręką jej tanie włosy, po czym unoszę ją z ziemi bez najmniejszego wysiłku. Była nieprzytomna o wiele dłużej, niż się spodziewałem. Jest okropna. Zupełnie nie przypomina mojej laleczki. Ma niewyparzony język i za luźną cipę.
Wciągam powietrze przez nos, napawając się tym momentem, po czym wbijam nóż prosto w jej klatkę piersiową. Ostrze wchodzi w nią tak, jak w twardy, krwisty stek. Wokół knebla rozlega się pisk. Dziewczyna wierzga w przód i w tył, z rękami mocno związanymi za plecami. Wbijam nóż po raz drugi, a potem trzeci. Jej ciało już nie protestuje, raczej się trzęsie, aż w końcu przestaje walczyć.
Ściskając szczupłe ciałko mocniej, przysuwam głowę do twarzy dziewczyny, by nosem niemal dotknąć jej ust. Strach ma bardzo specyficzny zapach, a kiedy śmierć jest tak blisko, można zobaczyć ją w oczach umierającego. To cudowne uczucie… Mogę kołysać się wraz z ofiarami na krawędzi pomiędzy życiem a śmiercią, czując jak ich ciała jeszcze podrygują, jak biorą ostatni oddech, wypuszczając go z ust razem z duszą.
Kiedy dziewczyna zamiera w bezruchu, przesuwam dłonią po zakrwawionych ranach, a potem ozdabiam czerwienią jej pierś i maluję nią martwe usta.
Po mojej głowie wciąż krąży obraz małej dziewczynki i prezentu, który przed chwilą jej wręczyłem.
Unoszę laleczkę i wsuwam rękę przez okno. Dziecko łapie zabawkę; małe, lepkie palce ocierają się o moje.
– Lala – sepleni zaślinionymi usteczkami.
– Tak, to jest lala. – Uśmiecham się do niej, tak jak lata temu uśmiechałem się do jej matki. – Piękna lalka dla ślicznej laleczki.


 


Zło w zarodku ♥ J.A. Redmerski ♥ Tł: Dorota Lachowicz ♥ W Towarzystwie Zabójców #4 ♥ Wydawnictwo NieZwykłe ♥ 
Data premiery: 26.06.2019 ♥ Stron: 271


Z każdym kolejnym tomem moja sympatia do serii W towarzystwie zabójców wzrasta. Zło w zarodku odrobinę przystopowało akcję, ale nie mogę powiedzieć, że zawiodło mnie. Autorka postawiła na iście psychologiczną zabawę. 

Oryginalna, mroczna i niebezpieczna. Taka właśnie jest ta seria i takie też jest Zło w zarodku. Tym razem pisarka postawiła na jeszcze lepsze poznanie postaci. Za sprawą nowej bohaterki, Nory członkowie Zakonu zostaną zmuszeni do obnażenia swoich najbrudniejszych i najbardziej skrywanych tajemnic. A co może być lepszego niż sekrety? W tym wypadku chyba nic, gdyż świetnie zostało utrzymane napięcie i uczucie niepewności towarzyszące czytelnikowi do samego końca. Nie sposób odgadnąć, co każdy próbuje zataić i skąd tajemnicza Nora wie tak wiele o bohaterach. We wcześniejszych tomach Redmerski pokazała już, że bardzo dobrze radzi sobie w kreacji wyrazistych i zapadających w pamięć postaci, co osoba Nory tylko potwierdza. Książka, mimo że najbliżej jej do thrillera jest bardzo kobieca. Autorka wplata wątki romantyczne i sporo uwagi poświęca uczuciom, emocjom oraz psychologicznym portretom naszych bohaterów. A są one na prawdę intrygujące. 


Zło w zarodku to kolejne pełne emocji i niepewności spotkanie z Zakonem płatnych zabójców. Pisarka ma ewidentnie znakomity pomysł na tę serię i perfekcyjnie go realizuje. Tutaj nie można się nudzić, i nawet gdy wydaje się, że akcja stoi w miejscu to piętrzące się tajemnice i zagadki podgrzewają atmosferę dostarczając wrażeń z najwyższej półki. Szczerze polecam wszystkim zapoznanie się z cyklem W towarzystwie zabójców, jeśli chcą przeżyć niecodzienną i pełną niebezpieczeństwa przygodę.   


W serii W Towarzystwie Zabójców:
Zabić Sarai / Drugie życie Izabel / Łabędź i Szakal / Zło w zarodku / The Black Wolf / Behind the Hands That Kill / Spiders in the Grove






12 sierpnia ukaże się kolejna powieść Aleksandry Rumin pt. Zbrodnia po irlandzku.

Jest to lekka komedia z wątkiem kryminalnym, którą cechuje wyjątkowe poczucie humoru, okraszone dużą dawką sarkazmu i celnym portretowaniem różnych nacji i grup społecznych. 

Fragment powieści znajdziecie pod linkiem: http://bit.ly/ZPI-fragment
Książka dostępna w przedsprzedaży, w promocyjnej cenie pod linkiem
http://bit.ly/ZPI-empik

O czym jest powieść?
Egzotyczne wycieczki to niebezpieczne hobby. Co roku kilkuset spragnionych wrażeń Polaków ginie podczas wakacyjnych wojaży. Dlatego nikogo nie dziwi, że nieszczęścia dotykają również uczestników wyprawy do Irlandii z biurem podróży „Hej Wakacje”. Nikogo poza pilotem wycieczki, którego męczy przeczucie, że coś tu nie gra. Tomasz Waciak nie ma jednak czasu na dochodzenia, bo musi się użerać z irlandzką pogodą, roszczeniową starszą panią, ciągłymi zmianami programu, zatruciami pokarmowymi i nieprzepartą ochotą, żeby strzelić sobie drinka. Albo trzy.

Druga powieść Aleksandry Rumin to cięta satyra na Polaków za granicą, pełna obyczajowych obserwacji, wyrazistych postaci i najdziwniejszych perypetii. No i zbrodni, rzecz jasna.




Premiera już 12 sierpnia!






Już 7 sierpnia odbędzie się premiera trzeciego tomu przezabawnej serii 
Friend - zoned autorstwa Belle Aurory!

O pierwszej i drugiej części pisałam tutaj:

A o czym jest kolejny tom?

Max Leokov mógł się tylko przyglądać, jak ludzie wokół niego znajdują szczęście w miłości.
W jego życiu był taki czas, kiedy nie tylko pragnął miłości, lecz także, co ważniejsze, dla niej żył.
Kochał już raz. Z całych sił.
Jednak teraz nie ma śladu po tym uczuciu. Zostało złamane serce i córeczka,
którą trzeba się zaopiekować.
Nie ma wątpliwości, że serce Maksa zasługuje na drugą szansę.
Helena Kovac poświęciła mnóstwo czasu nauce.
Harowała jak wół, by ukończyć studia.
Nie ma czasu na miłość.
Ona nawet nie ma czasu na chwilę zapomnienia.
Książki i praca to całe jej życie. Pozostałe sprawy są drugorzędne.
Kiedy Max i Helena łączą siły, aby pomóc córce Maksa Ceecee, oboje są
zaskoczeni niesamowitym przyciąganiem, które pojawia się między nimi.
Cynik i pracoholiczka.
Kiedy miłość w nich uderza, zwala ich z nóg.
Ale miłość potrafi zadawać też ból. Max coś o tym wie.






Premiera 7 sierpnia!








Na zachętę zostawiam prolog :)

Helena

Nie mogę przestać płakać. Wysoki dźwięk, który wydobywa się z moich ust, przypomina wycie psa. Szlocham, zalewając się łzami oraz od czasu do czasu pociągając nosem. Słone krople moczą policzki, a z nosa cieknie. Jestem w rozsypce. 
Gdy celebrant oznajmia z uśmiechem: „Ogłaszam was mężem i żoną. Może pan pocałować pannę młodą”, moja siostra, Natalie, rzuca za siebie bukiet. Mimi bez wahania łapie kwiaty, po czym puszcza oczko tłumowi. Uśmiechnięta Nat staje na palcach, by pocałować świeżo upieczonego męża. Asher delikatnie chwyta ją za kark, przyciągając do siebie, a tym samym pogłębiając pocałunek. Nie odrywają od siebie ust. Wyglądają na takich szczęśliwych.
To piękna scena. Właśnie dlatego wyję. Patrzę na mężczyznę w średnim wieku, siedzącego obok. Obserwuje mnie, na wpół zaniepokojony, na wpół wystraszony. Nieco się odsunął. Mimo że szloch nie ustaje, staram się wytłumaczyć:
– To poproztu akie pie-he-nkne. – Czkam. – Akiee pie-he-nkne. 
Znów tracę nad sobą kontrolę. Zaczynam płakać jeszcze głośniej.
– Niech ktoś ją wreszcie wyprowadzi. – Słyszę czyjś poirytowany głos.
Mokra maskara skleja mi rzęsy. Kiedy zdaję sobie sprawę, że głos należy do mojej siostry, wznoszę oczy do nieba. Rzuciwszy złe spojrzenie, Nat syczy głośno:
– Serio, przymknij się i przestań mazać. Wkurzasz wszystkich, idiotko. 
Wyciągam drżącą dłoń w jej kierunku.
– Ocham cię. Yglądasz pie-he-nknie. Ak pie-he-nknie. – Po chwili dodaję: – Tak się cieeeeszę. Okropnieee. 
Moja siostra. Ona mnie rozumie. Widzę, że oczy wypełniają jej się łzami, warga zaś zaczyna drżeć.
– Awww – szepcze, spoglądając na mnie.
Płyną pierwsze łzy, a potem nagle trzymamy się w objęciach, łkając.
Jeśli jeszcze się nie zorientowaliście – kiepsko znoszę wesela. Zawsze chwytają mnie za serce. Za każdym razem jest tak samo: idę z silnym postanowieniem, by odpowiednio się zachowywać, nawet nie zabieram chusteczek, chociaż to w żaden sposób nie pomaga, lecz zwykle, zanim pojawi się tort, makijaż mam już całkowicie rozmazany, natomiast oczy opuchnięte.
Dziś jednak sytuacja wygląda gorzej, ponieważ to najpiękniejszy dzień w życiu mojej siostry. A właściwie drugi. Pobrali się bowiem z Asherem potajemnie w Vegas, gdzie pobłogosławił im Elvis. Dopiero po powrocie do domu poczuli się źle, jakby czegoś im brakowało. Tym czymś okazała się rodzina. 
Zorganizowali więc kameralną uroczystość. Świadkami zostali Nik oraz Tina. Znam Tinę Tomic od zawsze – razem dorastałyśmy, a nasi rodzice byli najlepszymi przyjaciółmi, co oczywiście oznacza, że połączyła nas niezwykła więź. Nie na tyle silna, żebyśmy nazywały się siostrami, ale wystarczająco, by określenie „przyjaciółki” nie wystarczało. 
Stałyśmy się bratnimi duszami. 
Gdy Tina straciła mamę oraz córkę, przeprowadziła się z Kalifornii do Nowego Jorku i otworzyła świetnie prosperujący butik o nazwie Safira. Po jakimś czasie dołączyła do niej Nat. Nik z Tiną na początku się zaprzyjaźnili, a potem w sobie zakochali. Połączyła ich miłość na lata; taka, o której piszą poeci. 
Nik jest właścicielem klubu Biały Królik, mieszczącego się naprzeciwko Safiry. Ma młodszego brata, Maksa, najlepszego przyjaciela Ashera, czy też Ducha, jak nazywają go kumple, a także kuzyna o imieniu Trik. Tina należy do paczki składającej się z jej pracownic, czyli Mimi, Loli oraz Nat. W pewnym momencie postanowili z Nikiem połączyć obie grupy. I udało im się to. 
Stworzyli rodzinę. 
Członków rodziny nie zawsze łączą więzy krwi. Nieraz wystarczy miłość i śmiech.
Natalie z Asherem przez pewien czas w zasadzie się nie znosili. Długo zaprzeczali wzajemnemu przyciąganiu, aż w końcu nie mogli mu się oprzeć. Kiedy wreszcie się zeszli, zrobili to z hukiem. Dosłownie. Głowy zostały obite, tyłki zaś skopane. Z pewnością nie był to typowy romans. Walczyli do upadłego. Znacie powiedzenie: „Miłość od nienawiści dzieli tylko krok”? Cóż, zrobiwszy ten krok, dopuścili do głosu swoje uczucia. Zdali sobie sprawę, że miłość, którą się darzą, jest zbyt silna, by mogli ją ignorować.
I oto są – szczęśliwi nowożeńcy. Uśmiecham się przez łzy. 
Nie wierzę w to.
Moja siostra wyszła za mąż. 
Ktoś odrywa mnie od Nat. Przez spuchnięte powieki widzę starszą siostrę, Ninę, która uspokaja mnie i głaszcze delikatnie po plecach. Stara się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego, bo wie, że to by wszystko pogorszyło. W pewnym momencie jednak nasze spojrzenia się krzyżują.
Zamieramy, a następnie szeroko otwieramy oczy.
Spanikowana ucieka wzrokiem, lecz jest za późno. Warga mi drży. Unoszę głowę, wyjąc tak rozdzierająco, że brzmię niczym zwierzę. Na przykład łoś. 
Zupełnie nieprzyzwoicie, wiem o tym, ale nie potrafię się powstrzymać!
Nina przyspiesza kroku, więc ja też. Ciągnie mnie na bok.
– Chryste, dziecko. Weź się, k*rwa, uspokój – rzuca zirytowana. – Czasem się zastanawiam, czy na pewno jesteśmy spokrewnione. To ślub, a nie pogrzeb! Żadnych więcej łez. Kapujesz? 
Oddech mam taki nierówny, że głowa trzęsie mi się na boki. 
– Nie. – Czkam. – Potrafię. – Czkam. – Przestać. 
Wyciąga chusteczki, którymi ociera mi twarz.
– Boże, coś ty narobiła… Chodź. Muszę poprawić ci makijaż, bo wyglądasz, jakby ugryzła cię pszczoła. Taka na kwasie. 
Kiedy wchodzimy do łazienki, muzyka oraz pozostałe odgłosy wesela cichną. Siadam na brzegu wanny, ona zaś na sedesie. Wyjmuje kosmetyczkę, po czym atakuje mnie pędzlem do pudru, łaskocząc w nos, przez co mam ochotę kichnąć, a jednocześnie się roześmiać. Nie chcę jednak przeszkadzać, zatem uspokajam oddech, a także rozszalałe emocje. 
Jako że Nina jest fryzjerką, odpowiada dzisiaj za nasze fryzury. Za makijaż również. Świetnie wykonuje swoją pracę. Nat wygląda obłędnie – Nina poświęciła jej sporo czasu, ale zdecydowanie się opłaciło. Średnia siostra przypomina anioła. 
Kiedy odwiedziłyśmy ją w tamtym tygodniu, odrzuciła ogniście rude włosy, oznajmiając:
– Mam dość tego koloru. – Uśmiechnęła się do Niny. – Chciałabyś może zrobić ze mnie brunetkę?
Zaskoczyła nas. Bardzo.
Od lat nie widziałam Nat w naturalnym kolorze, czyli czekoladowym brązie, poza tym, szczerze mówiąc, nie byłam pewna, jak zareaguje Ash. Nawet go nie ostrzegła, tylko, niczym typowa Nat, postawiła przed faktem dokonanym.
Kiedy Nina kończyła układać jej świeżo pofarbowane włosy, Asher wrócił do domu. Natalie podeszła do ukochanego, nie zdejmując peleryny fryzjerskiej. Oparła dłoń na biodrze, otworzyła szerzej oczy, po czym potrząsnęła lekko głową.
– No i? – spytała wyczekująco.
Postawny blondyn ani drgnął. Patrzył na żonę, przesuwając spojrzenie ciepłych brązowych oczu po ciemnych pasmach. Po chwili Nat zaczęła panikować:
– Chodzi po prostu o to, że nie młodnieję i chciałam, żebyś zobaczył, jak wyglądam naprawdę. Wiesz, tak naprawdę naprawdę. Gdy nie ukrywam się za cyckami oraz ogniście rudymi włosami. Mogę się jednak przefarbować…
Ash przerwał jej, biorąc ją w ramiona. Tulił mocno Nat, kołysząc łagodnie. Nie wiem, co powiedział, bo szeptał, ale jak przystawił wargi do ucha Nat, powieki siostry opadły, natomiast usta rozchyliły się z ulgą. Uśmiechnęła się lekko.
Asher nie jest gadułą, lecz się wprawia. U mężczyzn, którzy niewiele mówią, każde słowo ma znaczenie.
Biedny facet od początku znajdował się na przegranej pozycji.
W naszej rodzinie nie da się być cicho. Jeśli chcesz, aby cię usłyszano, musisz przekrzyczeć cztery inne, rozmawiające osoby.
Nina nakłada więcej pudru, pytając:
– To jak, młoda, spotykasz się z kimś?
– Nie – odpowiadam z zamkniętymi oczami. Wskazuję słabo na siebie. – Kto by ze mną wytrzymał?
Parska. Przez chwilę milczy, ale czuję, iż chce coś powiedzieć. I robi to. Nina się nie kryguje. Lubi mówić to, co myśli, lecz nie opowiada o sobie. Życie osobiste siostry zawsze pozostawało właśnie takie: osobiste. 
– Dobrze ci radzę, nie czekaj zbyt długo – odzywa się łagodnym, acz poważnym tonem. Otwieram oczy, słysząc tęskną nutkę w jej głosie. Uśmiecha się smutno. – Nie chcę, żebyś potem tego żałowała. 
Rozumiem ją, jednak to nie zmienia stanu rzeczy. 
– Trochę trudno mi się z kimś teraz umawiać, wiesz? Dopiero skończyłam studia i Bóg jeden wie, gdzie będę pracować. Na razie powinnam raczej mieć na uwadze głównie karierę. Na samą myśl o spotykaniu się z kimś robi mi się słabo.
Chwyta mnie stanowczo za brodę, aż napotykam jej wściekły wzrok.
– Wymówki – syczy.
– Co?
Rozluźnia uchwyt i nakłada mi róż na policzki.
– To wszystko wymówki – mówi już łagodniejszym tonem. – A co, jeśli trafisz na idealnego faceta, ale zrezygnujesz z niego, ponieważ będziesz za bardzo skupiona na karierze? Potem, kiedy nadejdzie czas, żeby się ustatkować, zrozumiesz, że ta osoba na ciebie nie zaczekała. I nie powinna była, gdyż postąpiłaś egoistycznie. Wtedy znienawidzisz tę karierę, dla której wszystko poświęciłaś. Zawsze znajdzie się ktoś, kogo odejścia będziesz żałowała, a to zatruwa umysł. 
Biorę siostrę za rękę, przerywając jej pracę.
– Czyjego odejścia ty żałujesz? – pytam łagodnie.
Wszelkie emocje znikają z twarzy Niny. Szybko spuszcza wzrok i chrząka. Gdy znów na mnie patrzy, widzę w jej oczach tylko smutek. Smutek tak wielki, że czuję ból w piersi. 
– To bez znaczenia – mruczy ochryple. – Zawsze się ktoś znajdzie, a ja mogę winić wyłącznie siebie. 
Ostrożnie kończy mnie malować, doprowadzając spuchniętą, naznaczoną śladami tuszu twarz do niemal idealnego stanu. Wstaję, by ją przytulić. Chwyta mnie mocno i po raz pierwszy od dawna myślę, że potrzebuje tego bardziej niż ja. 
– Dziękuję, Ninuś. Kocham cię – mówię czule.
Ściska mnie w odpowiedzi.
– Ja też cię kocham, a teraz chodźmy pogadać z jakimiś facetami. Jest tu kilku takich, którzy zawstydziliby Johnny’ego. 
Najbardziej podobają nam się bowiem mężczyźni przypominający Johnny’ego Deppa. Szczerze mówiąc, nadal mam w pokoju jego plakat. A on zawiesza poprzeczkę wysoko. 
Kocham cię, Johnny. Oni nigdy nie dorosną ci do pięt!
Odsuwam się z uśmieszkiem. 
– Radzisz mi, żebym sobie kogoś przygruchała, czy co?
Kąciki ust Niny się unoszą.
– Małe bzykanko jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło.
Chichoczę, potrząsając głową. W duchu przewracam na siebie oczami. Cała ja – ryczę oraz dąsam się zamiast rozmawiać z jakimś Johnnym. A przecież naprawdę dawno nie uprawiałam seksu.
Co się stało z moimi priorytetami? 
Zostawiam Ninę, pakującą swoje rzeczy, i wychodzę. Kiedy znajduję się na świeżym powietrzu, zamykam oczy, a następnie oddycham głęboko. Otwieram je z uśmiechem.
Dziedziniec wygląda wspaniale. Nat nie chciała niczego wymyślnego, wychodząc z założenia, że im mniej, tym lepiej. To się zawsze sprawdza, jeśli chcecie znać moje zdanie. Pragnęła tylko, by krzesła ustawione wzdłuż trawnika miały białe oraz morelowe pokrowce. Jedynym dodatkiem, jaki sobie zażyczyła, były kolorowe chińskie lampiony, które zapalimy po zmroku. Potrawy dające się jeść palcami okazały się strzałem w dziesiątkę – dzięki temu nie potrzebowaliśmy stołów i mogliśmy rozmawiać, a także śmiać się, podczas gdy roznoszono jedzenie. 
Skanuję wzrokiem otoczenie. Po lewej widzę Tinę w ciąży, trzymającą się za ręce ze swoim mężem, Nikiem. Kiedy mija ich kelner, Tina odprowadza go wzrokiem. Nik, jak to Nik, podąża za spojrzeniem żony, po czym biegnie za mężczyzną, a chwilę później przynosi całą tacę przystawek. Tina bierze małą przekąskę, a następnie mówi „kocham cię”. Nik nie odpowiada, lecz obejmuje ją wolną ręką. Nachyliwszy się, całuje Tinę w czoło. Zamyka oczy, pozwalając, by ten pocałunek trwał. 
Serce mnie kłuje i na chwilę panowanie nad moją głową przejmuje ta suka Zazdrość. Też chcę takiej miłości. Jeśli mi się poszczęści, pewnego dnia ją znajdę. 
Do Nika oraz Tiny podchodzą Natalie z Asherem. Uśmiechnięta Nat wręcza Tinie butelkę soku jabłkowego, po czym kuca przed nią.
Czuję ucisk w piersi. 
Położywszy dłonie na wyraźnie zaokrąglonym brzuchu Tiny, Nat przemawia do niego. Ash ściska Tinę za ramię, a ona uśmiecha się ze zrozumieniem, opierając policzek na ręce mężczyzny. Potrzeba prawdziwej przyjaźni, by zrobić to, co Tina z Nikiem robią dla Nat i Asha. 
Widzicie, Tina jest w ciąży, ale to nie są dzieci jej oraz Nika, tylko Natalie i Ashera. Nat nie dałaby rady donosić ciąży, więc Tina została ich surogatką, gdyż jest osobą, którą smucą nieszczęścia innych, a dla swoich bliskich zrobiłaby wszystko. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że urodzi bliźniaki, lecz jeszcze nie znamy płci. Szczerze mówiąc, Nat zależy jedynie na tym, aby maluchy były zdrowe. 
Podchodzą Lola z Trikiem, trzymając się za ręce, a w ślad za nimi podąża konkretny Johnny. Johnny, od którego nie jestem w stanie oderwać wzroku, bo wygląda tak Johnnowato, że Johnny z mojego plakatu mógłby łkać całą noc z zazdrości. Max Leokov staje za Nat z niecnym uśmieszkiem. Podnosi ją bez ostrzeżenia i odwraca twarzą do Asha. Mimowolnie chichoczę, widząc minę tego ostatniego – zaciska szczękę, a wszystkie przyjazne uczucia wyparowują, zastąpione złością.
Ale Max ma to gdzieś. W dość zmysłowym uścisku obejmuje Natalie w pasie, nachyla się nad jej szyją i zaczyna składać pocałunki. Skrzywiony Asher robi krok w jego kierunku, ale Max po prostu się cofa, cały czas trzymając kobietę w ramionach. Ze swojego miejsca nie słyszę, co mówi, jednak sądząc po chytrym uśmieszku Maksa oraz śmiechu, który się rozlega, pewnie cwaniakuje. Najwyraźniej życie mu niemiłe, skoro tak prowokuje Asha.
Widziałam, do czego jest zdolny doprowadzony do ostateczności Asher. To nic miłego. 
Teraz doskakuje do Maksa, na co ten tchórzliwie puszcza Nat, lecz szybko staje przed Tiną z otwartymi ramionami. Tina, jak to Tina, daje się nabrać, pozwalając na przytulenie. Reaguje śmiechem na mokre pocałunki składane na policzku.
Max w ostatniej chwili unika pięści Nika, po czym bierze za rękę Lolę. Przyciąga ją do siebie, na co Lola z uśmiechem przewraca oczami. Mężczyzna ją przytula, a następnie porusza się z nią w wolnym tańcu, w środku kółeczka utworzonego przez przyjaciół. Trikowi się to nie podoba, dlatego odbija Lolę i przyciąga do siebie. Kobieta wzdycha uszczęśliwiona, przytulając się do niego.
Max otwiera ramiona, kręcąc głową. 
– Nie umiecie się bawić – mówi. 
Potem podchodzi do baru, by objąć od tyłu siedzącą przy nim Mimi, która sztywnieje na chwilę, odwraca się, a potem rozluźnia w jego uścisku. Max szepcze jej coś do ucha, na co odpycha go, śmiejąc się głośno. Przykłada rękę do serca, udając, że go zraniła. 
A ja przez chwilę jestem zazdrosna. Oni naprawdę są rodziną. Część mnie desperacko chciałaby do niej należeć. Czuję się jak kujon patrzący na grupkę najpopularniejszych dzieciaków w szkole. Mimo wszystko rozglądam się za jakimś Johnnym, ale, choć wyławiam w tłumie kilku przystojniaków, ciągle śledzę wzrokiem wysokiego bruneta o złotych oczach oraz z magicznym dołeczkiem.
Max.
Straciłam rachubę, z iloma kobietami flirtował, zupełnie jakby – bądźmy szczerzy – był Johnnym we własnej osobie.
Czy odważę się powiedzieć, że prezentuje się lepiej niż oryginał?
Świętokradztwo!
Jeśli miałabym wybrać na dziś jakiegoś Johnny’ego, zostałby nim właśnie Max. Spełnia wszystkie wymagania – jest wspaniały, zabawny, inteligentny oraz czarujący, a sądząc po tym, jak krąży po sali, bez wątpienia nie brakuje mu też pewności siebie. 
Przez kolejne dziesięć minut patrzę, jak Max flirtuje z każdą kobietą, która się nawinie, łącznie z moją mamą. W końcu nabieram wystarczająco odwagi, żeby z nim porozmawiać. Tak naprawdę nie przepadam za flirciarzami, ale podoba mi się, że wszystkie kobiety traktuje jednakowo. Żadna się nie uchowa – zaczepia je niezależnie od tego, czy są stare, młode, grube, czy chude. Widzę, że podchodzi do Niny, która również nie pozostaje obojętna na jego urok. Ujmuje jej rękę i całuje ją kilkakrotnie, aż siostra wolną dłonią zasłania usta, walcząc z uśmiechem.
To moja okazja. Wchodzę.
Gdy się zbliżam, Nina uwalnia się od jego wszędobylskich dłoni. Idzie do baru pogadać z Mimi. Max zostaje sam, więc wyciąga z kieszeni komórkę, po czym przesuwa palcem po ekranie. 
Lubisz flirtować, Max? No to się szykuj.
Z każdym kolejnym krokiem żołądek zaciska mi się w oczekiwaniu. Czuję ekscytację! W końcu staję przy nim i chrząkam cicho. Spogląda na mnie z uniesionymi brwiami, żeby zaraz znów wlepić wzrok w ekran.
– Cześć, Helen. Jak się masz? – pyta.
Uśmiech mi blednie.
Helen? Serio?
Cóż… to słaby początek. 
Dalej bawi się telefonem.
– Tak właściwie to Helena. No, ale nieważne. Zastanawiałam się, czy nie napiłbyś się ze mną dri…
– Świetnie. – Przerywa mi. – Miło było znów się z tobą zobaczyć, Helen. 
A potem odchodzi, zostawiając mnie na środku dziedzińca z otwartymi ustami. Mrugam, krzywiąc się. Próbuję zrozumieć, co właśnie zaszło. Zawodowy flirciarz, facet, który podrywa wszystko, co ma puls, wszystko, co się rusza, mnie olał.
Hmmm. Oznacza to zapewne, że jestem kimś niepożądanym.
Czuję zażenowanie, a policzki mi czerwienieją, jednak szybko zmuszam się do obojętności. Zadzieram nos oraz prostuję plecy. Nic się nie stało. Nie musi mnie lubić. Czasem ludzie po prostu się nie lubią. Zdarza się. Nic nie szkodzi. Poza tym, hej, to się całkiem dobrze składa. Chyba. Nie zamierzam się przejmować Maksem Leokovem. 
Już nie.